8,50 euro za godzinę, czyli kilka słów o zamieszaniu wokół niemieckiej płacy minimalnej

BLOG » 8,50 euro za godzinę, czyli kilka słów o zamieszaniu wokół niemieckiej płacy minimalnej

Karolina Misiewicz, aplikant radcowski
 
Przedsiębiorca prowadzi niedużą, zatrudniającą mniej niż dziewięć osób firmę transportową. Załadunek jest w jednej z podwarszawskich miejscowości, a wyładunek najczęściej w kilku miejscach we Francji. Najszybsza i najkrótsza droga prowadzi przez Niemcy. Czy w związku z wprowadzeniem u naszych zachodnich sąsiadów powszechnej płacy minimalnej będzie musiał dostosować pensję swoich pracowników do przepisów zza Odry?
1 stycznia br. w Niemczech weszła w życie ustawa w sprawie regulacji powszechnej płacy minimalnej (Mindestlohngesetz – MiLoG). Zgodnie z jej postanowieniami, od tego dnia wysokość płacy minimalnej wynosi 8,50 euro brutto za godzinę zegarową. Obowiązujące dotychczas branżowe minimum ustalone na podstawie układów zbiorowych pracy obowiązuje do czasu ich wygaśnięcia.
Zdaniem strony niemieckiej, kierowcy wykonujący pracę na terytorium Republiki są pracownikami delegowanymi na podstawie dyrektywy 96/71/WE. W konsekwencji pracodawca zobowiązany jest wypłacić im wynagrodzenie nie niższe od minimalnego, czyli wspomnianych 8,50 euro za godzinę. Obowiązek ten znalazł się również wprost w ustawie. Zgodnie z jej § 20, pracodawcy z siedzibą w Niemczech i za granicą są zobowiązani do wypłacania swoim pracownikom zatrudnionym w Niemczech wynagrodzenia za pracę w wysokości przynajmniej wynagrodzenia minimalnego. Nic dziwnego, że Polacy, którzy od wejścia naszego kraju do UE opanowali branżę transportową, zajmując lwią część europejskiego rynku nie są z takiego obrotu sprawy zadowoleni. Nie będzie zaskoczeniem, że jednym z czynników, który pozwolił na uzyskanie dobrego wyniku jest konkurencyjność cenowa, uzyskiwana, w szczególności, dzięki niskim kosztom wynagrodzenia, często niższego, niż chcą Niemcy. O innych wymogach, jak tłumaczenie dokumentów, nie wspominając. Za niespełnienie warunków przedsiębiorcy grozi kara nawet do 30 tys. euro.
Przeciwko takiemu rozwiązaniu zaprotestowały rządy w Warszawie oraz w Budapeszcie, składając skargi do Komisji Europejskiej (KE), równocześnie zaczęły się dwustronne, polsko - niemieckie negocjacje na szczeblu ministerialnym. W ich efekcie, stawka została zawieszona w stosunku do kierowców przejeżdżających przez Niemcy, czyli w tzw. tranzycie, do czasu wyjaśnienia wątpliwości przez KE. W stosunku do tych pracowników dostosowanie wynagrodzenia nie jest zatem wymagane, przynajmniej do czasu. Zawieszenie nie dotyczy natomiast kierowców wykonujących przewozy transgraniczne, czyli np. załadunek w Polsce i wyładunek w Niemczech, oraz kabotaż, w czasie, gdy praca wykonywana jest na terytorium Republiki. Istnieje jednak szansa, że i tutaj zostanie po staremu, jeżeli KE stwierdzi, że kierowcy nie można uznać za pracownika delegowanego, niezależnie od tego z jakim transportem mamy do czynienia. Tutaj jednak brak dostosowania stawki i stawianie na przychylne dla polskich przedsiębiorców rozstrzygnięcie KE może okazać się ryzykownym rozwiązaniem, z odroczonym terminem płatności.
Wygląda na to, że przejazd niemiecką autostradą jeszcze przez chwilę pozostanie bezpłatny. Przynajmniej do czasu wprowadzenia winiet, co planowane jest na początek 2016, ale to już inna historia.